Trochę o Ugandzie

Gdyby Polsce zabrać 3 wschodnie województwa, to byłaby rozmiarów Ugandy. Pod względem liczby ludności praktycznie niczym się nie różnimy, ale w przyszłości na pewno będziemy się różnić (przyrost naturalny w Ugandzie jest bardzo duży, społeczeństwo jest bardzo młode – wszędzie jest dużo dzieci).

Podobnie jak w Kenii, za uczęszczanie do szkoły się płaci – dlatego wiele dzieci nie uczy się na co dzień. Widząc białych ludzi, dzieci podbiegają i krzyczą: „Give me your money!” (Podobnie w Kenii i Ruandzie). Należy po prostu całkowicie zignorować. Najgorszym co może być w takiej sytuacji, jest reagowanie na prośbę i podarunek dla jednego z dzieci. Są wtedy przyzwyczajane do datków od białych turystów i ich obraz białego człowieka to: Chodzący bankomat (niestety bardzo dużo napotkanych przez nas miejscowych miała o nas taka opinię, nawet jeżeli nie mówili tego wprost, można to odczuć). Warto pomagać biedniejszym, ale najważniejsza zasada to: Nie w sposób bezpośredni! Pod żadnym pozorem. Wielu białych turystów już narobiło szkód pod tym względem.

Większość ludzi mieszka na wsi i zajmuje się rolnictwem. Praktycznie każde domostwo ma choć jedno drzewo bananowe, pole z cebulą albo ziemniakami. W dolinach często pola ryżowe. Licznie występują też palmy z których wykonuje się olej do smażenia. Mają też pomidory, ogórki i cukinię (podobnie jak u nas). Jeśli chodzi o owoce: melony (mnóstwo; najbardziej popularny owoc), arbuzy, oczywiście banany (podstawa wyżywienia), ananasy i marakuja (w Afryce mówią passion fruit).

DSC09379

Co najważniejsze, warzywa i owoce są bardzo tanie (bo się sadzi na miejscu), natomiast wszelkie importowane produkty są drogie (droższe niż u nas w Polsce!). Wszelkie makarony czy wyroby czekoladowe są naprawdę drogie. Nic więc dziwnego, że dieta Afrykańczyków jest mało urozmaicona. Jedzą najczęściej jeden, czasami dwa posiłki dziennie. Najczęściej jedzą ryż ze szpinakiem i przyprawami, jak ktoś ma kury w gospodarstwie to ewentualnie może pokusić się o kurczaka od czasu do czasu. Możemy za to pozazdrościć im tak łatwego dostępu do przepysznych owoców, które u nas nie smakują tak dobrze, jak tam.

Ludzie posługują się w większości językiem luganda, suahili i angielskim. Nie ma problemów z komunikacją w obcym języku. Mieszkańcy Ugandy słuchają z namiętnością hip-hopu (mają dość dobrą muzykę – wkrótce pokażę parę hitów).

Drogi między dużymi miastami są asfaltowane, a kierowcy autobusów zawsze pędzą i nie przestrzegają żadnych zasad drogowych. Drogi dojazdowe do mniejszych miast i wsi praktycznie zawsze są piaszczyste (czerwony piach). Między małymi miastami krążą tylko małe busy, a do najmniejszych wiosek dojedziesz tylko taxi-motocyklem.

DSC09228
Moto-taxi
DSC09242
Nasza rowerowa przejażdżka
DSC09364
Centrum w większej wsi w Ugandzie, lewa strona
DSC09366
Widok ze wsi na jezioro Wiktorii w Ugandzie, prawa strona

Można poruszać się też autostopem, ale w tym rejonie tylko z kierowcami, którzy są pewni: strażnicy parków, pracownicy pobliskich pól przemieszczający się w grupach do pracy itd. Biały turysta w Afryce nie powinien wsiadać do samochodów, których kierowcy nie mogą się w żaden sposób wylegitymować (bywają przypadki napadów).

Odwiedziliśmy pewną wyspę na jeziorze Wiktorii, która słynie z upraw palm oliwnych. Cała wyspa w palmach …. Transport publiczny zerowy, więc zarzymaliśmy motocyklistę i spytaliśmy czy by nas przewiózł w pewne miejsce. Zgodził się, a po drodze zawiózł nas do swojego ogrodu z marakujami i hojnie nimi obdarzył 🙂 Spowrotem zatrzymaliśmy pracowników linii elektrycznej i jechaliśmy na stopa na pace 🙂

DSC09385
Zabrał się z nami też pan z lewej 🙂 Ale chyba nigdy nie pozował do selfie

Internet jest bardzo szybki, łatwo dostępny i w przystępnej cenie (zwłaszcza dla turystów – dla nas jest naprawdę tani). Dotyczy to właściwie całej Afryki Wschodniej (w Kenii internet jest zdecydowanie najtańszy). Za kartę sim zapłaciliśmy jakeś 2 euro, a za internet na 2 tygodnie praktycznie bez ograniczeń – 5 euro.

Gdyby coś było nie jasne w moich tekstach, proszę o anonimowy kontakt przez formularz na mojej stronie, jestem otwarta na każdą uwagę 🙂

Dlaczego słoń chodzi do tyłu? Co Polska ma wspólnego z kameleonem?

Natura w Ugandzie

Uganda jest dość suchym krajem na wschodzie i południu, na zachodzie jest wilgotniej i chłodniej. Jednak w porze deszczowej praktycznie cały kraj jest zielony. Typowy krajobraz to zielone pagóry z bananowcami lub palmami oliwnymi przeplatane z polami cebuli, ziemniaków lub z jeziorami.

DSC09409DSC08990

W Ugandzie jest sporo parków narodowych, które opisywane są w przewodnikach nawet jako jedne z najpiękniejszych w całej Afryce Wschodniej. W Rwenzori NP góry przekraczają wysokość 5000 m i są wspaniałym miejscem do górskich wspinaczek (podobnie jak Mount Elgon). Można zobaczyć tam wiele ciekawych roślin i kameleony.

DSC00410

Afrykańczycy śmieją się z nas Europejczyków, że mamy kameleońską pogodę, ponieważ pogoda na naszym kontynencie, tak jak kameleon, szybko i nieoczekiwanie może się zmienić. Co do kameleonów, jeśli macie taką możliwość, obejrzyjcie, jak porusza się to stworzenie. Nie przypomina wam to ruchów rapera? 😀 Oczy kameleona są bardzo interesujące. Poruszają się niezależnie od siebie i zawsze obserwują ciekawskich turystów bardzo podejrzliwie (ma się wrażenie, że przypatrują się każdemu od stóp do głów).

DSC00417

Queen Elizabeth NP można oglądać z łodzi. Zobaczyć tam możecie słonie, bawoły, hipopotamy, lwy, krokodyle, guźce, mnóstwo ptaków. Jeśli widzicie samotnego bawoła, oznacza to, że jest loserem (przegranym). Przegrał walkę z innym bawołem (najczęściej idzie o hierarchię w stadzie).

DSC00223

Podczas rejsu łodzią po parku narodowym obserwowaliśmy dość dużą rodzinę słoni. Słysząc silnik łodzi, zaczęły oddalać się od wody i iść w stronę lądu. Kiedy się zatrzymaliśmy i nastała cisza – zatrzymały się (wszystkie stały do nas tyłem, bo od nas uciekały, po zatrzymaniu nadal stały tyłem). Po kilku minutach pewien słoń zaczął iść tyłem w stronę wody (i naszą). Dlaczego idzie tyłem? Taki tam kamuflaż. Idąc tyłem, słoń jest pewny, że nie widzimy go poruszającego się (myśli, że widzimy jak nadal stoi do nas tyłem). W ten sposób chce się dostać do wody bez stwarzania dla siebie zagrożenia z naszej strony. Komicznie to wygląda.

DSC00294

DSC00308
Ten słoń się wkurzył – świadczą o tym stojące uszy. Chyba przeszkodziliśmy mu w posiłku, postanowił zabrać małego i się stąd wynieść.
DSC00232
Słonie unikają kontaktu z ludźmi oraz z hipopotamami – są wielkimi wrogami na sawannie

DSC00203

Również hipopotamy są bardzo zabawne (oczywiście kiedy się na nie patrzy a jest się w bezpiecznym miejscu). Kiedy akurat nikogo nie atakują, są bardzo flegmatyczne, najczęściej śpią w wodzie, trzymając swoją głowę na grzbiecie innego hipopotama. Zawsze trzymają się ciasno obok siebie i żyją w dużych stadach. Są jak łodzie podwodne – wynurzają tylko swoją głowę znikąd, znienacka. Ich uszy są jak antenki i nasłuchują co się dzieje wokół, oceniając, czy niebezpieczeństwo nadeszło, czy też nie. Warto wiedzieć, że hipopotamy są jednymi z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na świecie. Dorosły odobnik waży około 3 ton, ale w biegu jest szybszy od człowieka. W jeziorach kompletnie ich nie widać, jesli są pod wodą – często atakują nieodpowiedzialnych pływaków. Wszelkie hotele położone nad jeziorami zawsze są odgrodzone od wody elektrycznym płotem.

DSC00160

Wiedzieliście, że pod względem genetycznym hipopotam jest bardziej podobny do konia niż zebra?

Na zachodzie kraju, nie polecam poruszania się rowerem. Jadąc busem, zobaczyliśmy biegnącego lwa. Wolę nie wyobrażać sobie spotkania w cztery oczy z tym pięknym zwierzęciem. Był jednak za szybki i nie mam zdjęcia 🙂

Jak się porozumieć w Afryce? Czyli co z tym angielskim

Jak się porozumieć w Afryce? Czyli co z tym angielskim

Jestem dumna z Afrykańczyków. Poziom edukacji w ich krajach stoi niestety na niskim poziomie, a oni naprawdę świetnie sobie radzą.

To nie jest tak, że jedziesz do Afryki, próbujesz coś kupić w sklepie i kompletnie nie możesz się dogadać ze sprzedawcą. Prawie wszyscy w Afryce Wschodniej porozumiewają się w języku angielskim! Zaryzykuję nawet i powiem, że idzie im lepiej niż nam, Polakom. W mieście mówią często płynnie, na wsi komunikatywnie, ale znają angielski i można się też porozumieć daleko na prowincji (nawet ludzie nie uczęszczający do żadnych szkół znają podstawowe zwroty).

Stereotyp z trudnościami w dogadaniu się w Afryce trzyma się jeszcze chyba początków kolonializmu, kiedy Europejczycy wkraczali do wiosek i mogli się porozumieć jedynie za pomocą rąk i gestów. W okresie kolonizacji obowiązywał język angielski – gazety, telewizja, wszelkie reklamy w mieście po angielsku. Tak zostało do dziś, czułam się właściwie jak w kraju anglojęzycznym (gazety, telewizja są teraz częściowo w języku angielskim i częściowo w językach lokalnych) – przy okazji mogłam się wreszcie czegoś nauczyć.

Kolonizacja Afryki Wschodniej: Kenia i Uganda zostały skolonizowane przez Wielką Brytanię, później do tej dwójki dołączyła Tanzania (wcześniej niemiecka kolonia). Ruandę przywłaszczyły sobie Niemcy, ale po wkroczeniu Belgów, Ruanda i Burundi stały pod belgijskimi rozkazami. Wydarzenia te mocno ukształtowały zdolności językowe Afrykanów i mój subiektywny ranking poziomu angielskiego w Afryce Wschodniej wygląda tak:

  1. Kenia (najlepszy angielski)
  2. Uganda (niewiele odbiega językowo od Kenii)
  3. Tanzania
  4. Ruanda (daleko tylko z powodu języka francuskiego, gdyby nie francuski narzucony przez Belgów, ludzie w Ruandzie przywiązywali by pewnie większą wagę do angielskiego)
  5. Burundi (nie byłam, ale spotkaliśmy parę osób z Burundi i opowiadali, że wszystko jest tam po francusku)

Zauważyłam kilka prawidłowości. Ludność w danym kraju mówi tym lepiej po angielsku:

  • im bardziej rozwinięty kraj, otwarty na wszelki handel czy inwestycje z zagranicy
  • im lepsze stosunki dyplomatyczne z innymi państwami; co oznacza więcej ambasad, organizacji pozarządowych, programów dla wolontariuszy – czyli większy napływ obcokrajowców
  • im lepiej rozwinięta infrastruktura turystyczna, przyciągająca więcej turystów
  • im dłużej kraj pozostawał kolonią brytyjską

Podbój wulkanu 4321 m

Wulkan położony jest na granicy Ugandy i Kenii. Nie jest popularną górą wśród miłośników wspinaczki, chociaż roślinność i góry są przepiękne. Większość wspina się na Kilimandżaro albo Mount Kenię (oba powyżej 5000m), ale tam są dosłownie tłumy. Na Mount Elgon można wchodzić samotnie w ciszy i spokoju. Dlatego tak bardzo polecam tę górę!

DSC09037

Wulkan jest oczywiście wygasły, można go zdobywać od 3 do 6 dni. Ze względu na mój brak doświadczenia w wysokich górach i bardzo gorące powietrze wybraliśmy najkrótszą wersję. Po drodze mija się wioski, lokalnych ludzi, pola, kawę – wszystko na bardzo stromych zboczach. Z tego powodu pierwszy dzień jest najcięższy (najcieplej i najstromiej). Ale z drugiej strony można zobaczyć prawdziwe życie ludności wiejskiej i to na znacznych wysokościach – co czyni ich codzienne życie jeszcze trudniejszym.

Po południu docieramy do campingu, trzeba pozbierać drewno na ognisko i pójść po wodę do strumienia. Góry są jeszcze dość dzikie (całe szczęście), więc nie jest to opcja dla ludzi ceniących sobie komfort i łatwość podróży. Nie ma prądu, wody bieżącej, pryszniców, toalety są na dziko. Taki trochę survival. Ale jest przepięknie! Camping częściowo położony między drzewami, ale z drugiej strony jest polana, przy której można obserwować błyskawicznie przemieszczające się chmury, nadchodzący deszcz, zachód słońca.

DSC09013
Pole campingowe
DSC09008
Stefan w swoim żywiole
DSC09219
Tuż po zachodzie słońca

DSC09221

Kolejny dzień to podejście na wierzchołek. Jest mniej wymagający niż stromizna z dnia pierwszego, o ile ktoś nie ma choroby wysokogórskiej. Przepiękna roślinność (powtarzam się, ale jest taka przepiękna…). Uwaga, w wysokich partiach strasznie wieje, konieczna czapka. Przy zejściu lepiej się nie spieszyć, bo jednak wysokość jest znaczna i zbyt szybka zmiana ciśnienia spowoduje ból głowy i dość dziwne uczucie. Z wierzchołka można oglądać kalderę wygasłych wulkanów, w której znajdują się jeziorka i roślinność wulkaniczna. Po południu jest się już z powrotem na campingu i można spokojnie odpocząć (władze parku nie polecają schodzić już drugiego dnia, ze względu na duże przewyższenie, jakie trzeba by było pokonać).

DSC09154DSC09108DSC09101DSC09098

Trzeci dzień to samo zejście, tą samą stromizną co dnia pierwszego. Nie schodzi się wcale łatwo, zwłaszcza jak się nie ma portera (osoby noszącej twój plecak podczas wspinaczki). Ale co nas nie zabije, to wzmocni (ogólnie nie toleruję tego powiedzenia, ale w tym przypadku się sprawdziło) – weszliśmy na górę, zeszliśmy, zmęczeni i bardzo zadowoleni.

Żeby dojechać z powrotem do cywilizacji, trzeba wynająć taxi-motor – ciągle zjeżdża się w dół i obserwując okolicę z siodełka motoru, można pożegnać się z tymi pięknymi górami.

DSC09090

Cena wejścia na ten wulkan jest kilkakrotnie niższa niż inne góry podobnej wysokości w Afryce Wschodniej. To zupełnie inny rodzaj chodzenia po górach niż znany jest miłośnikom Karpat czy Alp. Przewodnik z karabinem jest obowiązkowy i za wstęp na teren parku narodowego słono się płaci. Jest też bardziej dziko. Góra nie jest łatwa, ale też nie bardzo trudna – kwalifikuję ją jako średnią. Polecam osobom, które potrafią przeżyć 3 dni bez prysznica i łóżka! 🙂

DSC09088