Wulkan położony jest na granicy Ugandy i Kenii. Nie jest popularną górą wśród miłośników wspinaczki, chociaż roślinność i góry są przepiękne. Większość wspina się na Kilimandżaro albo Mount Kenię (oba powyżej 5000m), ale tam są dosłownie tłumy. Na Mount Elgon można wchodzić samotnie w ciszy i spokoju. Dlatego tak bardzo polecam tę górę!

Wulkan jest oczywiście wygasły, można go zdobywać od 3 do 6 dni. Ze względu na mój brak doświadczenia w wysokich górach i bardzo gorące powietrze wybraliśmy najkrótszą wersję. Po drodze mija się wioski, lokalnych ludzi, pola, kawę – wszystko na bardzo stromych zboczach. Z tego powodu pierwszy dzień jest najcięższy (najcieplej i najstromiej). Ale z drugiej strony można zobaczyć prawdziwe życie ludności wiejskiej i to na znacznych wysokościach – co czyni ich codzienne życie jeszcze trudniejszym.
Po południu docieramy do campingu, trzeba pozbierać drewno na ognisko i pójść po wodę do strumienia. Góry są jeszcze dość dzikie (całe szczęście), więc nie jest to opcja dla ludzi ceniących sobie komfort i łatwość podróży. Nie ma prądu, wody bieżącej, pryszniców, toalety są na dziko. Taki trochę survival. Ale jest przepięknie! Camping częściowo położony między drzewami, ale z drugiej strony jest polana, przy której można obserwować błyskawicznie przemieszczające się chmury, nadchodzący deszcz, zachód słońca.




Kolejny dzień to podejście na wierzchołek. Jest mniej wymagający niż stromizna z dnia pierwszego, o ile ktoś nie ma choroby wysokogórskiej. Przepiękna roślinność (powtarzam się, ale jest taka przepiękna…). Uwaga, w wysokich partiach strasznie wieje, konieczna czapka. Przy zejściu lepiej się nie spieszyć, bo jednak wysokość jest znaczna i zbyt szybka zmiana ciśnienia spowoduje ból głowy i dość dziwne uczucie. Z wierzchołka można oglądać kalderę wygasłych wulkanów, w której znajdują się jeziorka i roślinność wulkaniczna. Po południu jest się już z powrotem na campingu i można spokojnie odpocząć (władze parku nie polecają schodzić już drugiego dnia, ze względu na duże przewyższenie, jakie trzeba by było pokonać).




Trzeci dzień to samo zejście, tą samą stromizną co dnia pierwszego. Nie schodzi się wcale łatwo, zwłaszcza jak się nie ma portera (osoby noszącej twój plecak podczas wspinaczki). Ale co nas nie zabije, to wzmocni (ogólnie nie toleruję tego powiedzenia, ale w tym przypadku się sprawdziło) – weszliśmy na górę, zeszliśmy, zmęczeni i bardzo zadowoleni.
Żeby dojechać z powrotem do cywilizacji, trzeba wynająć taxi-motor – ciągle zjeżdża się w dół i obserwując okolicę z siodełka motoru, można pożegnać się z tymi pięknymi górami.

Cena wejścia na ten wulkan jest kilkakrotnie niższa niż inne góry podobnej wysokości w Afryce Wschodniej. To zupełnie inny rodzaj chodzenia po górach niż znany jest miłośnikom Karpat czy Alp. Przewodnik z karabinem jest obowiązkowy i za wstęp na teren parku narodowego słono się płaci. Jest też bardziej dziko. Góra nie jest łatwa, ale też nie bardzo trudna – kwalifikuję ją jako średnią. Polecam osobom, które potrafią przeżyć 3 dni bez prysznica i łóżka! 🙂
